Funeral parlour, czyli historia zakładów pogrzebowych

Koniec naszego życia stał się dla nas tak wstydliwy i niewygodny, że najchętniej myśl o nim odsuwamy jak najdalej od siebie. Stosujemy strategię, która w biznesie nazywa się outsourcingiem[1]. Zlecamy wyspecjalizowanym podmiotom zewnętrznym czynności niezbędne do naszego normalnego funkcjonowania. Ciężko chorych czy umierających powierzamy opiece szpitali, które zaopiekują się nimi, a gdy umrą, przekażą wyspecjalizowanej firmie pogrzebowej, zajmującej się formalnościami. Dzięki temu nie będziemy musieli patrzeć na brzydkich, starych zmarłych. Miejsce emocji zajmuje chłodna ekonomiczna kalkulacja.

Stojąc w obliczu śmierci drugiej osoby, nie jesteśmy w stanie nic jej zaoferować. Paraliżujący strach i zakłopotanie powstrzymują słowa. W odróżnieniu od naszych przodków nie dyskutujemy nad tym, co krwawe, brutalne czy okrutne. Nie dyskutujemy o śmierci. Wszelkie „cywilizacyjne nieczystości” skrywamy w mrokach „izolowanej piwnicy naszej uporządkowanej i eleganckiej egzystencji”[2]. Podniesieniu progu naszego wstydu doszukujemy się w cywilizacji, jako dystynktywnej wartości nowoczesności. Zracjonalizowaliśmy śmierć[3] przydzielając jej nowe miejsce w naszej przestrzeni społecznej. Przestrzeni podlegającej stałemu nadzorowi specjalistów o naukowych legitymacjach.

Praktyczny cel pogrzebu zawrzeć możemy w konieczności pozbycia się ciała zmarłej osoby (akcentując w ten sposób znaczenie higieniczno-sanitarne pogrzebu). Nie można jednak zapominać o jego psychicznym i społecznym celu, gdyż pogrzeb to zgodnie z uwarunkowaniami kulturowymi i wierzeniami społeczności czy społeczeństw przygotowanie zmarłego na dalszą drogę. „Z jednej strony ma, więc pogrzeb znaczenie terapeutyczne: nakierowane na najbliższe znaczenie zmarłego, ułatwiające mu wyrażanie i rozładowanie uczuć związanych ze śmiercią w atmosferze społecznego zrozumienia i poparcia. Druga bardzo istotna funkcja pogrzebów ma charakter społeczny, integrujący społeczność poprzez fakt stwarzania okazji do wspólnego przeżywania, uzewnętrzniania emocji, poprzez możliwość spotkań, odnowienia kontaktów czy poprzez tak zwane kształtowanie pamięci zbiorowej. Zewnętrzna forma pogrzebu mówi wiele także o zajmowanej przez zmarłego pozycji społecznej”[4].

Nie bez powodu tworzy się w związku z rytuałem pogrzebu swego rodzaju infrastruktura, która ma za zadanie zaspokoić potrzeby czy sprostać wyobrażeniom jednostek je tworzących. Infrastruktura ta ma nierozerwalny związek z wierzeniami, postawami wobec śmierci czy stosunkiem do ciał zmarłych. Konsekwencją tego jest podział na strefę pogrzebnictwa i strefę cmentarną. Względy komercyjne wymuszają na przedsiębiorcach pogrzebowych odpowiadanie na zapotrzebowania odbiorców, jak również – z drugiej strony – kreują mody, wprowadzając rozwiązania, które mogą budzić w społecznym odbiorze wiele kontrowersji (i często to robią).

Zakład pogrzebowy – rys historyczny

W starożytności zmarłych uważano za nieczystych i w związku z tym grzebano ich z daleka od ludzkich siedzib. Od VI wieku, aż po wiek XVIII, cmentarzem był kościół. Gdy zmarłych zaczęło przybywać, stopniowo przenoszono ich na kościelny dziedziniec. W tym samym czasie miasta rozbudowywały się, wchłaniając parafie zlokalizowane na przedmieściach. W konsekwencji cmentarze stały się integralną częścią miast. Indywidualne groby w kościele były kaprysem możnych, dla reszty przewidywano pogrzeby w zbiorowych mogiłach mieszczących po 500-700 ciał. Cmentarz stał się wówczas swego rodzaju centrum życia społecznego. Na cmentarzach odbywały się spotkania, zaloty, kwitł handel, a nawet budowano domy[5]. Śmierć była traktowana jako coś oczywistego. Cześć należną zmarłemu oddawano poprzez modlitwy w jego intencji oraz uczestnictwo w orszaku pogrzebowym. Zwyczaje te nasiliły się w XIII wieku, kiedy uznano czerń za kolor żałoby. W świecie zachodnim odziewano się w czerń z lęku przed zmarłymi, gdyż kolor ten miał odstręczać ducha[6]. Wierzono, że jeśli nie zachowa się odpowiednich środków ostrożności, dusza zmarłego może wstąpić w żyjącą osobę. Także w starożytności stosowano środki ochronne, np. w starożytnym Rzymie palono również pochodnie przy zwłokach, aby odstraszyć złe moce. Pochodnia po łacinie to funus, i od tego słowa wywodzi się angielskie słowo funeral, czyli pogrzeb[7].

Z punktu widzenia osoby umierającej czy starszej – do śmierci należało się odpowiednio przygotować. Przyjąć stosowne sakramenty, pożegnać się z rodziną, i, co ważne – umrzeć we własnym łóżku. Śmierć nagła – mors repentina, napawała prawdziwym lękiem, aż do reformacji. „W okresie reformacji nagła śmierć staje się pożądana. (…) Szczytem marzeń i pobożnych życzeń jest zgon we śnie. To była „śmierć sprawiedliwych”, natomiast grzesznicy mieli umierać, wijąc się w konwulsjach”[8]. W okresie tym pojawia się również powściągliwość w okazywaniu żałoby. Prawdziwy lęk przed śmiercią rodzi się na przełomie XVII i XVIII wieku. Pojawia się wówczas zjawisko nekrofilii, które odbierane jest, jako najohydniejsza forma bezczeszczenia zwłok.

W XVIII wieku zaczyna się mało spektakularna ewolucja, która pociągnie za sobą wiele zmian. To w tym okresie tkwią zaczątki wielu przyszłych instytucji i obecnego zróżnicowania praktyk. „Tradycyjna organizacja pogrzebów była obowiązkiem rodziny, pobożnych lub zawodowych bractw, jak również parafii i klasztorów. Ten prosty schemat nie zostaje całkowicie poddany w wątpliwość, jednak ulega zmąceniu. Na pozór nieznaczne zmiany pociągają za sobą poważne konsekwencje”[9]. Dla przykładu w diecezji Trèves przygotowanie trumny staje się przywilejem wiejskiego stolarza na podstawie dekretów z lat 1737-77 (wcześniej mógł ją wykonywać każdy)[10].

Zmienia się również, zgodnie z różnymi procedurami, sposób zawiadamiania o śmierci. Wcześniej (na wsi) wyglądało to tak, że obowiązek poinformowania o śmierci należał do sąsiadów lub rodziny i realizowany był według dokładnego schematu (kodu). W większych i mniejszych miastach obowiązek zawiadamiania o zgonach przypadł wyspecjalizowanym „obwoływaczom śmierci”. „W Paryżu przysięgli obwoływacze na podstawie dekretu z roku 1690 tworzą dziedziczny korpus, a polityka (…) Ludwika XIV, pozwoliła utworzyć je także na prowincji. (…) Obwoływacze śmierci znani są pod różnymi mianami w całej Europie. Rola ich zaczyna się jednak zmieniać. Przynajmniej w miastach część ich zadań zostaje im odebrana dzięki wejściu do obiegu pisemnych zawiadomień, których używa się, jako ciekawostki we Francji od roku 1760, a coraz częściej od roku 1780: są to jeszcze bardzo prosto sformułowane wezwania, które trudno porównać z tymi, które pojawią się w epoce romantyzmu. Ozdobione są makabrycznymi drzeworytami, pozbawione jednak przesadnych ozdób. (…) Zawiadomienia te nadają pogrzebom inny ton, modyfikując lub przełamując dawne formy solidarności, aby zastąpić je nową strukturą”[11].

Obwoływacze śmierci, częściowo obdarci ze swoich przywilejów, stali się specjalistami od organizacji pogrzebów. „W Paryżu pod koniec ancien régime’u to oni właśnie – według pisarza Sébastiena Merciera – dostarczają draperii i kirów. W Anglii w XVIII wieku pojawiają się w małych miasteczkach przedsiębiorcy pogrzebowi, pracujący na część etatu, będący poza tym pocztylionami, cieślami lub stolarzami. W dużych miastach jednak postać ta staje się wszechobecna (…), ukazana w stroju żałobnika i z wielką laską, ozdobioną krepą. (…) W Niemczech zawodowe lub dzielnicowe Bruderschaften, we Francji i w krajach śródziemnomorskich bractwa lub stowarzyszenia parafialne lepiej lub gorzej stawiają czoło tym tradycyjnym obowiązkom. Raczej gorzej niż lepiej, sądząc po zmniejszeniu się liczby pokutników na południu Francji, tradycyjnie obarczonych – prócz pogrzebów współbraci i obecności na pogrzebach, gdy są o to proszeniu – takimi misjami, jak grzebanie ubogich lub skazańców. (…) Posługi związane ze śmiercią zaczynają umykać tym, którzy tradycyjnie się nimi zajmowali”[12].

Począwszy od 1750 roku (czasem nawet wcześniej) rozpada się orszak barokowy[13]. Uwydatnia się dążenie do prostoty, które jest popierane przez oświecony kler. Klauzule dotyczące odprowadzania zmarłego stają się coraz rzadsze. Minimalizuje się stare tradycje: uczty żałobne, przepych orszaków. Niemcy oraz Austria przeciwne są zarówno żałobie, jak i okazałości pogrzebów, toteż od roku 1778 wprowadzają ograniczające je edykty. We Francji Ludwik XIV skraca czas żałoby (dworska żałoba obejmowała wielką żałobę, żałobę zwykłą i małą żałobę). Wielki ceremoniał barokowy nie zawsze łączył pogrzeb z mszą za zmarłych, jednak i to się zmienia. Od Francji po Niemcy msza pogrzebowa jest odprawiana coraz częściej. „Jest to bez wątpienia ostatnia poprawka w upartej chrystianizacji pogrzebów, trwającej już od bardzo dawna”[14]. Nowe klasy średnie przywłaszczają sobie po części prekursorską – formalną strukturę żałoby i próbują dopasować ją do swojej wrażliwości.

W okresie przejściowym, trwającym do końca XIX wieku, najważniejsze obowiązki obsługi zmarłych należą do domu pogrzebowego. „W zależności od przypadku, obrzędy religijne odbywają się w domu albo w kościele, lecz ostatnie spotkanie wokół zmarłego ma miejsce na cmentarzu; w tym czasie przedsiębiorca porządkuje dom pogrzebowy, usuwając ślady wcześniejszej pracy. Prowadzi też już sklep, w którym sprzedaje artykuły żałobne, pogrzebowe oraz cmentarne dekoracje. Stopniowo zaczyna oferować rodzinom dostęp do tylnej salki, w której można przetrzymać zmarłego, stanowiącej zaczątek funeral parlour. Od miejsca do funkcji jest tylko jeden krok, toteż przedsiębiorca – bądź balsamista – pod koniec wieku zyskuje status funeral director.(…) Porzuciwszy rolę sprzedawcy drobiazgów i organizatora pogrzebów na rzecz szczególnego społecznego pośrednictwa, funeral director jest po części odpowiedzią na dobrowolne wycofanie się Kościołów. Instytucja pogrzebowego przedsiębiorcy powstała w Anglii, nabrała w tym nowym świecie swego rodzaju „doskonałości”, co można wytłumaczyć brakiem tradycji w tej dziedzinie”[15].

Po 1870 roku zanikają zupełnie pogrzeby wieczorne (wcześniej praktykowane sporadycznie). Regułą stają się pogrzeby poranne. Zawiadomienia o pogrzebie nie wspominają już o szczegółach orszaku - który nadal jest istotny – najczęściej mówi się o kondukcie kroczącym od domu pogrzebowego[16].

Począwszy od końca XVII wieku pojawiały się osoby, które domagały się okresu oczekiwania pomiędzy własną śmiercią a pogrzebem. Obawiały się one pogrzebania żywcem. „Zjawisko to nasila się od lat sześćdziesiątych XVIII wieku. (…) W Prowansji burżuazja żąda, aby nie zabijano ich gwoździami w skrzyni przed upływem trzydziestu sześciu lub czterdziestu ośmiu godzin, przed otrzymaniem formalnego zapewnienia o zgonie. (…) W przypadku osób wysoko postawionych – bardzo długo czekają one na paradnym łożu, co zmusza do coraz bardziej skomplikowanych praktyk mumifikacyjnych, którymi zajmują się wielcy lekarze. (…) Na wsi, przeciwnie, przepisy diecezjalne są niewymagające. Narzucają one tylko odstęp przynajmniej dwunastu, a wyjątkowo dwudziestu czterech godzin”[17]. W 1794 roku wydana w Prusach „Medyczna i sanitarna instrukcja wyższych kolegiów dla księży” przedstawia osiem zwykłych oznak śmierci[18]. W pierwszej połowie XIX wieku pojawia się powszechny lęk przed tak zwanym letargiem – śmiercią pozorną. Obawiano się, że można pogrzebać ludzi jeszcze żyjących. Przy projektowaniu domów przedpogrzebowych proponowano, aby zainstalować w nich urządzenie, którego funkcjonowanie polegało na tym, by do kończyn zmarłego przyłączyć system dzwonków, połączonych z domem grabarza. W przypadku pobudki „zmarłego” dzwonki zaczną dzwonić i zaalarmują grabarza[19].

 pogrzeb

foto: system dzwonków łączący zmarłego z domem grabarza

Jedyną oznaką niepozostawiającą wątpliwości są początki rozkładu ciała. Niesie to za sobą konieczność przechowywania ciała w odpowiednim miejscu. Państwa boją się angażować publiczne pieniądze w kosztowne i niepewne przedsięwzięcie. Inicjatywę budowy domów dla zmarłych, które poprzedzają kostnice XIX wieku, przejmują prywatne stowarzyszenia. Wzorcowym przykładem był dom w Weimarze. Posiadał on system ogrzewania, a także sznurki przywiązywane do kończyn zmarłych (które przy poruszeniu wprawiały w ruch dzwonek, alarmując strażnika o przebudzeniu)[20]. Zakłady te były przeznaczone dla elit.

W 1886 roku pojawiają się pierwsze zawiadomienia o pogrzebie wykonane przez dom Barniola, a także przez firmę Lamy-Trouvain. Z 1890 roku pochodzą zawiadomienia od księdza Roussela („Organizacja pogrzebów w Auteuil, która przyjmie później nazwę „Zakład z Auteuil”)[21]. Zjawisko „komercjalizacji” pogrzebu następuje już poprzez umieszczenie dyskretnej sygnatury przedsiębiorstwa drukującego powiadomienie. W latach 1860-1890 zaczyna pojawiać się krzyż w nagłówkach. Będzie on czymś obowiązkowym aż do początku XX wieku[22].

Koniec XIX wieku przyniósł w Ameryce prawo regulujące przyznawanie zaświadczeń o zgonie i tym samym obejmujące zwyczaj balsamowania i kremacji[23]. Piec kremacyjny został wybudowany na zlecenie Cremation Society, czego konsekwencją była pierwsza kremacja wykonana w 1882. Wzbudziła ona wrogość oraz głosy sprzeciwu. Kolejne piece powstały w 1888 roku w Manchesterze oraz w 1895 roku w Szkocji[24]. Obecnie „kremacja nie jest już tak idealizowana jak kiedyś. Wprowadzono ją wszak, jako bardziej ekologiczną alternatywę pogrzebu”[25].

„W 1906 roku (…) nowi mieszkańcy miasta z trudem bronią swoich tradycyjnych, wiejskich rytuałów: wspomnijmy tylko o barach bistro u bram cmentarza w Lyonie, nędznej namiastce dawnych styp. W Londynie zaś w latach czterdziestych ubodzy chowają zmarłych w niedzielę, czyli w dzień wolny od pracy, za to kiedy otwarte są puby…”[26].

Dzięki ciągle postępującej technologii medycznej następuje rewolucja diagnostyczna i terapeutyczna. Przeobraża ona nasze wyobrażenie śmierci, „pozbawiając ją dotychczas pewnych i oczywistych oznak: granice śmierci są wydłużone i zrelatywizowane, czas śmierci „rozciągnięty” w czasie i pozbawiony swej jednorazowości. (…) W śmierci zmedykalizowanej rozpada się tradycyjne doświadczenie śmierci, budowane na obrazie zmysłowym dawnych form percepcyjnych oraz w obrębie obyczajów, wyznaczających postawy wobec umierania i śmierci. Jest ona zracjonalizowana, stechnologizowana, zinstytucjonalizowana, którą można czasowo wyznaczyć, uzgodnić, zażyczyć sobie, do której można prawnie zobligować”[27].

Kophinos, czyli trumna

Ważnym elementem pochówku staje się trumna. Zaczęto używać jej między końcem X wieku, a wiekiem XII, kiedy to zaprzestano stosowania sarkofagu[28]. Nazwa pochodzi od rodzaju skrzyni o różnych kształtach (w Europie głównie zachowująca kształt skrzyni), najczęściej drewnianej służącej do grzebania zmarłych. Wywodzi się z prastarej drewnianej urny. Wcześniej chowano zmarłych w koszach z wikliny lub trzciny. Angielskie słowo coffin (trumna) pochodzi z greckiego słowa kophinos, oznaczającego koszyk[29]. Trumna, podobnie jak strój żałobny, to wynik lęku przed zmarłymi: „znaczenie trumny pochodzi z okresu, kiedy zwłoki zaczęto przenosić. Gdy kamienne sarkofagi wyszły z użycia, bo były zbyt drogie, wraz z tym zjawiskiem zaprzestano używać całunu, w który owijano ciało przed złożeniem do sarkofagu. Ludzie Zachodu poczuli odrazę do takiej praktyki. Oceniano to jako abnegację. Wówczas to nosze, które służyły do transportu nieboszczyka, przekształciły się w drewnianą, zakrytą skrzynię. Zmiana ta została zaakceptowana ze względu na tendencję ukrywania widoku ciała, a zwłaszcza twarzy trupa. Trumna-skrzynia staje się chwilowym grobem-przechówkiem. Równocześnie narodził się uraz do grzebania bez trumny. Chowanie bez trumny równało się zniewadze, podobnej do tej, jaką byłoby pozbawienie grobu. Grzebanie bez trumny zaczęto uważać za hańbiące. Nawet najuboższym je pożyczano, choćby tylko na czas ceremonii pogrzebowej”[30]. „W Europie północnej kondukt pogrzebowy zmierzał na miejsce pochówku okrężną drogą, aby duch nie wydobył się na zewnątrz – zwłoki grzebano w dole głębokim na dwa metry, a dla pewności zaczęto także umieszczać ciało w trumnie, z wiekiem zabezpieczonym ćwiekami. Bywało, że na trumnę składano jeszcze ciężki głaz. Drugi kładziono na powierzchni, co dało początek obyczajowi budowania nagrobków”[31]. Trumna jest swego rodzaju wyznacznikiem zamożności rodzin. Całun pozostaje regułą dla najbardziej ubogich mieszkańców miast lub robotników rolnych. W Paryżu trumna wykładana ołowiem jest oczywista dla osób wysoko postawionych. Dla plebsu jest czymś ostentacyjnym. W dobie oświecenia trumny dębowe i metalowe ozdoby postrzegane były jako niepotrzebna inwestycja[32]. Jednak rozpowszechnienie się trumien warunkuje odpowiednią toaletę zmarłych i prezentację ich ciała. Pojawia się obyczaj ubierania zmarłych. Pierwsze przejawy tej praktyki można uchwycić w baroku. Zaczęło się od duchownych, którzy chowani byli w swych szatach kapłańskich (zwyczaj prawdopodobnie pochodził z Włoch). Przywilej ten zaczęła dzielić z nimi arystokracja. Następnie, poprzez naśladownictwo, oraz w wyniku kontaktu z arystokracją, pokutnicy, tercjarze, wreszcie ci wszyscy, którzy mogli wdziać szatę swego zgromadzenia[33]. Zwyczaj ten od XVIII wieku jest wyraźnie widoczny w testamentach. Testatorzy żądają, by do pogrzebu ubrano ich we wskazany przez nich strój (na wsi często jest to strój ślubny). Praktyka ta święci swój triumf w XIX wieku i na początku XX. „Nie można jednak powiedzieć, by zjawisko to spotykało się ze zrozumieniem: prałaci oświecenia wyrażają swą dezaprobatę wobec tego nowego obyczaju prostego ludu, który uznali oni za ostentacyjny”[34].

Obrzędowość związana z pogrzebem ciągle ewoluuje. Ostatnie lata ukazują pochówek jako wydarzenie bezosobowe. Rozluźnienie więzi społecznych i religijnych (co zostało zasygnalizowane na wstępie) doprowadziło do tego, że kapłani nie znają swoich parafian, a rodziny swoich bliskich. Pogrzeb staje się w związku z tym jałową ceremonią. Nie przynosi ona ukojenia ani pocieszenia rodzinie zmarłego. Można się pokusić o tezę, iż z tego samego powodu pogrzeb staje się również wydarzeniem ograniczonym do najbliższych. W niektórych krajach obowiązują nawet zaproszenia na pogrzeby.

Jednakże w dzisiejszych czasach śmierć nie zawsze jest marginalizowana. Okres żałoby w judaizmie trwa jedenaście miesięcy, z czego najintensywniejszy żal – nazywany shiva – przypada na siedem kolejnych dni po pogrzebie. Krewni i znajomi mają obowiązek odwiedzenia żałobników, jednak nie mogą oczekiwać przejawów gościnności. W Indiach umierającemu do ostatnich chwil towarzyszy rodzina. W czasie obrzędów piakularnych[35] trwających dwanaście dni, bliscy samodzielnie przygotowują ciało zmarłego do pochówku, obmywając je i namaszczając olejkami[36].

Agnieszka Klejne


[1] K. Puchowska, Śmierć to dopiero początek [w:] Focus. Poznać i zrozumieć świat, nr 11/170, b.p.

[2] L. Thomas, Doświadczenie śmierci: jego granice i rzeczywistość [w:] Antropologia śmierci – myśl francuska, red. S. Cichowicz, Warszawa 1993, s. 155

[3] Ibidem, s. 155

[4] M. Synowiec-Piłat, Nekropolie – IV Targi Sztuki Cmentarnej. Socjologiczna analiza proponowanej oferty rynkowej w świetle przeprowadzonych badań z wystawcami [w:] Problemy współczesnej tanatologii. Medycyna – antropologia kultury – humanistyka, red. J. Kolbuszowski, Wrocław 1997, s. 465

[5] K. Puchowska, op. cit., b.p.

[6] Ch. Panami, Niezwykłe dzieje zwykłych rzeczy, Warszawa 2004, s. 44

[7] Ibidem, s. 44

[8] K. Puchowska, op. cit., b.p.

[9] M. Vovelle, Nowy status zmarłych [w:] M. Vovelle, Śmierć w cywilizacji zachodu. Od 1300 po współczesność, Gdańsk 2004, s. 448

[10] Ibidem, s. 448

[11] Ibidem, s. 448-449

[12] M. Vovelle, op.cit., s. 449

[13] Ibidem, s. 447

[14] Ibidem, s. 448

[15] M. Vovelle, W kręgu rodzinnym [w:] M. Vovelle, Śmierć w cywilizacji zachodu. Od 1300 po współczesność, Gdańsk 2004, s. 590

[16] Ibidem, s. 592

[17] Ibidem, s. 445

[18] Ibidem, s. 446

[19] J. Kolbuszewski, Cmentarze, Wrocław 1996, s. 306

[20] M. Vovelle, op.cit., s. 446

[21] M.Vovelle, op.cit. , s. 593

[22] M. Vovelle, op.cit., s. 592

[23] M. Vovelle, op.cit., s. 590

[24] M. Vovelle, op.cit., s. 621

[25] K. Puchowska, op. cit., b.p.

[26] M. Vovelle, op.cit., s. 580

[27] J. Barański, Uśpione zmysły i śmierć [w:] J. Barański, Śmierć i zmysły. Doznania, wyobrażenia, przemijanie, Wrocław 2000, s. 142

[28] M. Wańczak, Księga śmierci i żałoby, Opole 1993, s. 369

[29] Ch.Panati, op.cit., s. 45

[30] M. Wańczak, op.cit., s. 369

[31] Ch.Panati, op. cit., s. 45-46

[32] M. Vovelle, op.cit., s. 443

[33] M. Vovelle, op.cit., s. 444

[34] M. Vovelle, op.cit., s. 444

[35] Piakularne obrzędy (łac. piaculum = nieszczęście, ofiara, przekroczenie) – nazwa socjologiczna obrzędów pogrzebowych. Jest to także rodzaj święta. Przerywa się wówczas wszystkie zajęcia codzienne i zachowuje się tak, jak w czasie każdego innego święta. Upływa ono jednak w atmosferze powagi i smutku; za: M. Wańczak, Księga żałoby i śmierci, Opole 1993, s. 247

[36] K. Puchowska, op. cit., b.p.